poniedziałek, 4 sierpnia 2014

21 Problem Rajskiego Ognia

 "  - Daj mi miecz - rzekł władczym tonem, unosząc wyżej głowę i wyciągając rękę. - Daj mi go, Clary. 
    - Chcesz go? 
    Uniosła Wspaniałego tak, jak on sam ją uczył, balansując nim w dłoni, choć był ciężki. Ogień zapłonął jaśniej, wydawało się, że poszybował w górę i sięgnął gwiazd. Jace stał od niej na długość miecza, jego złote oczy przepełniało niedowierzanie. Nawet teraz nie przyjmował do wiadomości, że ona może zrobić mu krzywdę, naprawdę go zranić. Nawet teraz
    Clary wzięła głęboki oddech. 
    - Weź go. 
    Zobaczyła, że jego oczy zaczynają się jarzyć jak tamtego dnia nad jeziorem, i wbiła w niego miecz, jak Valentine. Zrozumiała, że tak musi być. Umarł właśnie w ten sposób, a ona wyrwała go śmierci. I teraz śmierć po niego wróciła. 
    Nie można oszukać śmierci. Na koniec ona odzyska to, co należy do niej.
    Wspaniały wbił się w jego pierś, zazgrzytał o żebra, a Clary poczuła, że zakrwawiona dłoń ślizga się na rękojeści, pięść uderza w ciało. Zamarła. Jace się nie poruszył,a ona nadal ściskała Wspaniałego, aż krew zaczęła płynąć z rany." - Cassandra Clare, Miasto Zagubionych Dusz



     - Nie mogę - powiedział Simon, a jego głos był coraz mniej ludzki. Oczy płonęły dzikim brązem. A Isabelle po raz pierwszy nie uważała go już za kruchego i słabego chłopca, którego to właśnie ona musiała zawsze bronić. Zobaczyła silnego wampira, który postępuje słusznie, ale okrutnie. Teraz to nie ona musiała go bronić, nie potrafiła go zatrzymać. Był tak pewny siebie. Świecił tak jasno, a jednak niewystarczająco by mogła przyznać mu rację i pozwolić mu udać się na pewną śmierć. - Oczywiście, że nie mogę. Ale czy naprawdę sądzisz, że ma to teraz jakiekolwiek znaczenie? Cały świat Nefilim może zostać zniszczony jeśli wampiry przyłączą się do Sebastiana, a on już bez tego jest nie do pokonania. Zrozum. Nie potrafię... Nie mogę tu zostać ze świadomością, że jeśli zostanę przy ukochanej osobie, mogę zabić ją i cały jej świat.
     Jego słowa wydawały się takie mądre. Rozsądne. Jakby myślał nad tym przez całą nos, a obudził się dopiero gdy miał już doskonale ułożony plan. Gdy wszystkie szczegóły były już na swoim miejscu, a jedynym problemem była Isabelle, która nie należała do kobiet uległych. A swoją determinację okazała wręcz natychmiast przyciskając gwałtownie Simona do drzwi. Pomimo szpilek musiała wspiąć się lekko na palce by szepnąć wprost do ucha Simona:
     - Nie chcesz, żebym zginęła, bo ci na mnie zależy - szepnęła, a po jej policzku spłynęła łza. - Nie pozwolę ci tego zrobić bo mi także zależy na tobie. - Łza kapnęła na odsłonięty obojczyk Simona, jej ciepło sprawiło, że zadrżał. Był wampirem, ale czuł ciepło bijące od ciała Isabelle. Czuł jej dotyk na swojej skórze. Czuł jej wilgotne usta poruszające się przy jego szyi. Ciepły oddech muskający jego ucho. Jej słodki zapach, tak odurzający jak mało które damskie perfumy... - Zrobię wszystko, ale nie pozwolę ci stąd wyjść. Rozumiesz?
     - Rozumiem - z powodu ogromnej guli, która nagle urosła w jego gardle zdołał wypowiedzieć jedynie to jedno słowo, chociaż i tak nie zabrzmiało ono perfekcyjnie. Przypominał raczej trzylatka dopiero uczącego się mówić, trzylatka z poważną wadą wymowy.
     Isabelle chwyciła go za nadgarstki i zdecydowanym ruchem pociągnęła za sobą. Najwyraźniej nie przewidziała tego, że refleks Simona znacznie się pogorszył z powodu jej uwodzicielskiego głosu i zachowania. Zaplątał się we własne nogi i przewrócił na Isabelle. Na szczęście łóżko znajdowało się całkiem blisko dzięki czemu lądowanie nie było twarde.
     Simon podniósł się lekko na łokciach, na tyle na ile pozwalały mu na to dłonie Isabelle. Oddychając ciężko spojrzał w jej ciemne oczy, które jak już kiedyś zauważył nie były całkowicie czarne lecz pokryte ledwie widocznymi złotymi plamkami.
     - Więc powiedziałaś - zaczął z trudem przełykając ślinę - że zrobisz wszystko,ale nie pozwolisz mi stąd wyjść. Miałaś na myśli dosłownie wszystko?
     - Nie jestem pewna czy mówiąc "wszystko" mamy na myśli te same czynności...
     - Możemy się przekonać - mruknął Simon zatapiając twarz we włosach Isabelle i całując delikatnie w szyję.
     Na pytania typu: Czy oboje tego chcemy?, było już zdecydowanie za późno gdy smukłe palce Isabelle zacisnęły się na koszulce Simona i jednym płynnym ruchem pozbawiły go jej. jedyny ślad jaki po niej pozostał to nieznacznie zmierzwiona fryzura, na szczęście Simon nie był Magnusem i nie przerwał tak cudownej chwili by poprawić swój wygląd i prawdopodobnie zużyć pół opakowania żelu do włosów.
     Nogi dziewczyny szybko oplotły Simona w pasie pozostawiając niewielką przestrzeń do ruchu. Pomimo to Simonowi w jakiś sposób udało się pozbawić Isabelle górnej części garderoby i dosięgnąć jej ust. Jak się niemal natychmiast przekonał Isabelle nie należała do kobiet cierpliwych. Przygryzła wargę Simona, tak, że oboje poczuli w ustach słony posmak. Jednak w ostatnim czasie oboje mieli stały kontakt z krwią dlatego też żadno z nich nie zwróciło na to najmniejszej uwagi.
     Isabelle zatopiła dłonie we włosach Simona mierzwiąc je jeszcze bardziej. Niestety pocałunek nie zdołał się przerodzić w nic więcej, gdyż przerwał im czyjś oburzony głos:
     - Simon! Złaź z mojej siostry!
     Chłopak natychmiast znalazł się na podłodze obok łóżka jakby Isabelle go odepchnęła. W sumie nie do końca była to nieprawda, bo dziewczyna zareagowała znacznie szybciej niż Simon. oszołomiony spojrzał na otwarte drzwi w których stał Alec. Włosy miał w jeszcze większym nieładzie niż Simon. Doły pod oczami, co wcale nie sprawiało, że wydawał się mniej wściekły. Jeansy wyglądały na nim jakby były o dwa rozmiary za duże, a sweter wyglądał jak po starszym bracie.
     - Próbowałam go zatrzymać - powiedziała natychmiast Isabelle, ale gdy tylko wypowiedziała te słowa zdała sobie sprawę z tego jak głupią wymówkę wykorzystała. Zerknęła ukradkiem na Simona, ale ten jedynie wzruszył ramionami, jakby mówił: To twój brat. Ty musisz sobie z nim poradzić.
     - Zatrzymać? - warknął Alec. jak widać także uznał tą wymówkę za głupią. - Na Anioła, Isabelle, istnieje na to tysiąc innych sposobów!
     Isabelle natychmiast naciągnęła z powrotem bluzkę i rzuciła Simonowi jego, mając nadzieję, że ma dość oleju w głowie by ją założyć i uciec przez najbliższe okno.A jednak okazało się, że wampiry nie słyną z inteligencji.
     - Alec, nie jestem dzieckiem - jęknęła Isabelle. - Już nie raz widziałeś jak umawiam się z chłopcami. Nie rozumiem dlaczego Simon aż tak cię irytuje.
     - Bo znam ciebie. I znam jego. Wiem czego oboje oczekujecie od związku. Wasze oczekiwania w żaden sposób się nie pokrywają. A ja nie chcę, żebyście oboje cierpieli.
     Simon co chwilę patrzył to na Aleca, to na Isabelle. Rodzeństwo wymieniało spojrzenia, a mu przez chwilę wydawało się, że rozmawiają bez użycia słów. Była to jedna z najdziwniejszych sytuacji w jego żuciu. Nie wiedział czy powinien się odezwać czy też milczeć. Gdy już miał wyjść Isabelle uprzedziła jego ruch. Szybkim ruchem zabrała kurtkę z łóżka Aleca, po czym wstała i mówiąc:
     - Nie mów mi co mam robić - trzasnęła drzwiami.

* * *

     Isabelle wyszła z pokoju Aleca nie mając szczególnego plan dokąd się udać. Po prostu stanęła w holu i oparła się o ścianę. Odetchnęła głęboko i zsunęła się na podłogę. Skryła twarz w dłoniach i miała ogromną ochotę się rozpłakać. Ale jedyne co jej na to nie pozwalało to bycie Nocną Łowczynią. Musiała być twarda. To ona miała pocieszać innych w trudnych chwilach, nie mogła być pocieszaną. 
     - Isabelle - gdy usłyszała swoje imię natychmiast podniosła głowę i ujrzała Clary, nie specjalnie poprawiło to jej humor. - Nic ci nie jest? 
     - Nie - szepnęła i znów schowała twarz w dłoniach. 
     - Chodzi o Simona? - nie odpuszczała. Usiadła obok Isabelle.
     - Nie, nie chodzi o Simona - odpowiedziała bez zastanowienia. - Z Simonem jest wszystko w porządku... Ale nie jest. Nie, chodzi o Simona. Ale bardziej chodzi o Aleca. - Westchnęła głośno.- Clary, ja już nie wiem co mam robić. Zależy mi na nich wszystkich tak samo. Nawet na Jasie. Ale gdy jeden chce ratować drugiego, sam naraża się na śmierć. - Patrzyła pustym wzrokiem w ścianę przed sobą. - Alec to mój brat, oczywiście, że go kocham. Jace od zawsze był dla mnie jak brat i nie mogłabym go nie kochać. A Simon... Simon jest dla mnie tym kim Jace jest dla ciebie. Nie mogę chronić ich wszystkich na raz. To mnie dobija. 
     - Izzy, nie musisz ich chronić - stwierdziła Clary przytulając ją jednym ramieniem. - Zrozumiałam to jakiś czas temu. Oni wpadają w kłopoty i nic na to nie poradzisz. Wszyscy trzej są jak magnezy. Magnezy przyciągające kłopoty. Dwa razy widziałam jak Jace umiera. I w końcu zrozumiałam, że za trzecim razem nie zdołam już nic zrobić. Śmierć domaga się go na własność i muszę przyznać, że ją rozumiem. - Westchnęła i spojrzała w sufit by pohamować strumień łez. Choćbym nie wiem jak bardzo bym go kochała nie zdołał go wydrzeć śmierci... 
      - Ty nic nie rozumiesz - przerwała jej brunetka. - Twój przyjaciel chce dać się zabić by ratować twojego chłopaka!

* * * 

     - Kochasz Isabelle, prawda? - spytał cicho Alec gdy chłopak zamierzał już opuścić jego pokój. 
     Simon zacisnął dłoń na klamce, tak że zbielały mu knykcie, ale nie zamierzał otworzyć drzwi. Stał bez ruchu zastanawiając się nad odpowiedzią, która zadowoli Aleca.
     - Oczywiście, że ją kocham - odpowiedział bez zająknięcia. - I właśnie dlatego muszę to zrobić... 
     I bez zbędnych wyjaśnień opuścił z pokój. 

* * *

     Jace znieruchomiał wpatrzony w Brata Zachariasza, który ani trochę nie przypominał Cichego Brata. Bez szaty do ziemi, kaptura na pokrytej runami głowie, zaszytymi ustami i oczami pełnymi pustki Cichy Brat wyglądał jak przeciętny Nocny Łowca. Wydawał się być tak łagodny, że z powodu jego obecności w bibliotece, pomieszczenie wypełniła tajemnicza aura podnosząca na duchu każdego kto do niej wszedł.
      Zachariasz uśmiechnął się słabo odwracając się z powrotem do okna. Wpatrywał się w nie jakby oczekiwał powrotu dawnego przyjaciela, a jednak wszyscy, których znał Zachariasz zapewne byli martwi od lat. Serce Jace'a wypełniła dziwna pustka, która najwyraźniej wzbudziła w nim współczucie dla Cichego Brata. Przez przezroczystą koszulę ze zwisającym dekoltem Jace dostrzegł znak na piersi Zachariasza. Wyblakły i poszarzały jak żaden inny.
      Parabatai. Takim, jakim był on. Jace wiedział też, co ta wyblakła runa oznacza: parabatai, którego druga połowa była martwa. Poczuł przypływ sympatii do Brata Zachariasza, kiedy wyobraził sobie siebie bez Aleca, tylko z tą wyblakłą runą, która przypominałaby mu, że był z kimś połączony, z kimś, kto znał wszystkie najlepsze i najgorsze zakamarki jego duszy. - oficjalny cytat z Miasta Rajskiego Ognia
     - Zachariaszu... - odezwał się Jace, ale jego głos brzmiał jak otwieracz do puszek. Skrzekliwy, niepewny i przepełniony smutkiem.
     - Nazywam się James - poprawił Jace'a Cichy Brat. - Jem, Jem Carstairs.
     - Czy twój parabatai... - Jace zignorował Cichego Brata, był w stanie myśleć tylko o jednym. Pomimo zaistniałej sytuacji, pomimo tego co Zachariasz wiedział o jego problemie... Jace nie chciał o tym rozmawiać. Dużo bardziej interesował go wyblakły znak parabatai. - Czy on nie żyje?
     O dziwo na twarzy Nocnego łowcy pojawił się słaby uśmiech. Przez dłuższą chwilę milczał. Patrzył się na krople deszczu zderzające się z betonem. Pośród wirujących płatków śniegu dostrzegł łoże, na którym leżał Will. Dostrzegł siebie i Tessę po obu stronach łóżka. Na widok ostatnich chwil ze swoim przyjacielem po policzku Jema spłynęła łza. Otarł ją natychmiast by Jace nie mógł zobaczyć jego słabości.
     - Jestem tutaj - zaczął, przeciągając samogłoski podobnie jak Jace. - Byłem Cichym Bratem, a teraz stoję przed tobą jako Nocny Łowca. Nie dziwi cię to? Pytasz o mojego parabatai, chociaż nie znałeś ani jego ani mnie?
      Jace nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej dziwiło go zachowanie Jema. Skoro był Nocnym Łowcą, to chyba oczywiste było to, że jedną z najważniejszych dla niego rzeczy powinien być dla niego jego parabatai i zabijanie demonów. Nie spodziewał się, że ktoś mógłby nie chcieć rozmawiać o kimś z kim spędził niemal całe swoje życie.
     - Pytam o to, gdyż ta sprawa wydaje mi się ważniejsza niż mój problem. Parabatai jest kimś dużo ważniejszym niż tajemnice Cichych Braci - powiedział cicho Jace. Już nie liczył na odpowiedz na zadane wcześniej pytanie.
      - Masz rację, mój parabatai nie żyje - powiedział ochrypniętym głosem.
      - Jak to zniosłeś?
      - Rozsądniej byłoby gdybyś zapytał się o to jego - stwierdził wciąż wpatrzony w płatki śniegu. W Nowym Yorku rzadko było tak zimno, a więc dzisiejszy dzień był niemałym wyjątkiem. - Byłem umierający gdy mnie opuścił, by odszukać osobę najważniejszą w moim życiu. Myślał, że nie żyję gdy stałem się Cichym Bratem, jak wiesz oni nie mogą mieć parabatai. Wszystkie swoje przyziemne sprawy musieli zostawić na powierzchni. Gdy on umierał, ja byłem Cichym Bratem. Nie czułem tego co czułby parabatai tracący swojego brata, a jednak jego śmierć była dla mnie okropna. przez całe trzy lata byłem tylko ja i on. Nie rozdzielaliśmy się. On nigdy by mnie nie zostawił, a ja nie mogłem pójść za nim gdy umierał. Choćbym zrobił wszystko... nie mogłem. - Jem odchylił głowę do tyłu nabierając powietrza. - Nazywał się Will Herondale.
     Jace spojrzał na Jema. Nie słyszał tego imienia po raz pierwszy. Gdy wraz z Alecem przeniósł się do przeszłości...
     - Chyba o nim słyszałem - powiedział. - Wydaje się, że ludzie nie przepadali za nim...
     - Słyszałeś o nim? - Jem po raz drugi spojrzał na Jace'a. Dreszcz przebiegł przez całe jego ciało, ale tym razem nie z powodu wyglądu Cichego Brata, a sposobu w jaki na niego spojrzał...
      - Słyszałem, gdy przeniosłem się do przeszłości... Wtedy gdy cię zostawił, prosiłeś go o to, prawda? Nikt w Instytucie nie wydawał się specjalnie nim zmartwiony...
      - On był twoim praprapradziadkiem - przerwał mu Jem z uśmiechem. Musiało mu tego brakować przez półtora wieku. Jace nigdy nie widział by Cisi Bracia się uśmiechali.
      Jace po raz kolejny tego dnia nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Myśl o tym, że Will Herondale był jego dziadkiem sprawiła, że nie potrafił wyobrazić sobie Willam jako nastolatka, takiego jak on czy Jem. Automatycznie widział schorowanego starca z laską w ręku.
      - Był zupełnie taki jak ty - kontynuował chłopak. - Jego włosy były koloru nocnego nieba, a oczy błyszczały niczym jezioro Lyn w słoneczny dzień. Był arogancki, pewny siebie, bezczelny... Ranił każdego kto próbował się do niego zbliżyć i właśnie dlatego mało kto miał o nim przychylną opinię. Ale on sądził, że w ten sposób chroni ludzi przed strasznym końcem. Sprawiał wrażenie, że nie potrzebuje nikogo. Ale potrzebował, potrzebował przynajmniej dwóch osób. Mnie i Tessy. Wiedział, że umieram, a jednak chciał, żebym został jego parabatai. Wiedział, że umrę przed nim. A jednak zdecydował się mnie wybrać, był to przejaw prawdziwej odwagi. A jednak on umarł przede mną.
     - Jak to się stało... że stałeś się Cichym Bratem?
     - Umierałem - wytłumaczył Jem w jednym krótkim zdaniu. - Ale nie mogłem zostawić Tessy i Willa. Z naszej trójki jedynie ja trzeźwo myślałem. Chciałem mieć pewność, że będą bezpieczni.
     - Chciałeś ich chronić...
     - Tak. Podobnie jak ty chcesz chronić swojego parabatai. Narażając własne życie, ale nawet najlepszy Nocny Łowca powinien mieć wsparcie. - Słowa Cichego Brata wydawały się szczere, tak prawdziwe, że Jace nie mógł znieść ich dźwięku. Czuł się tak jakby raniąc samego siebie ranił wszystkich dookoła. I uświadomił mu to właśnie Jem Carstairs. - Ale to chyba nie był dobry pomysł. Nie spotykałem się z Willem. tylko z Tessą. raz do roku... Ożenili się, ona i Will. Mieli dzieci. A ja byłem świadkiem śmierci Willa... Trzymałem go wtedy za rękę. Był już starcem... ale wciąż widziałem w nim krzepkiego i młodego chłopaka, u boku którego polowałem przez te wszystkie lata. Nie mogłem się pogodzić z tym, ze musi umrzeć. Nie chciałem tego... Ale umarł. Umarł u boku swojej młodej żony i trzymając za rękę swojego parabatai... - Oczy Zachariasza zrobiły się szkliste. - Dlaczego z naszej rójki on jedyny odszedł tak wcześnie? Zadaję sobie to pytanie do dziś. Był tak żywy, jak mało kto. Jakby miał żyć wiecznie.
      Samo przysłuchiwanie się opowieści Jema sprawiało, że serce Jace wypełniał smutek i ból. Nie wyobrażał sobie ani jednego dnia bez Aleca, a tymczasem Jem przeżył lata bez Willa i wciąż był w stanie funkcjonować jak normalny człowiek. A może smutek ukrywał w najgłębszym zakamarku swojej duszy. Tak żeby nikt nie mógł go odnaleźć...
      - Ja nie wiem... Nie wiem co powiedzieć.
      - Nie musisz nic mówić - uciszył go Zachariasz. - Gdy umrze twój parabatai zrozumiesz jak to jest, chyba, że sam umrzesz pierwszy... - urwał chyba zdając sobie sprawę z tego jak bardzo musi być okrutny, jak bardzo musi ranić Nocnego Łowcę, który i tak wiele przeszedł. - Wyobraź sobie, że siedzisz nad przepaścią. W ręku trzymasz sznur na którego końcu wisi twój parabatai. Nagle sznur zostaje przecięty. Alec spada w dół, a ty nie możesz nic zrobić... Jak byś się czuł? Co byś zrobił?
      Jace zawahał się. Nogi miał jak z waty. Nagle zaczął potrzebować ściany by móc utrzymać się na nogach.
      - Rzuciłbym sie razem z nim - odpowiedział w końcu.
      - Wszyscy Herondale postępują bezmyślnie - westchnął jem opuszczając ze zrezygnowaniem ręce.- Rozmowa z tobą była naprawdę emocjonująca - powiedział w końcu - ale nie po to tu przyszedłem. Zamierzałem ci powiedzieć dlaczego... - zerknął na jego żyły, w których krążył żywy ogień - jesteś taki jaki jesteś. O ile jeszcze cię to obchodzi.
     Jace wypuścił powietrze z płuc i lekko podirytowany zaczął krążyć po bibliotece.
     - Jeśli ty także zamierzasz mi powiedzieć, że jestem przeklęty to tylko tracimy czas - stwierdził w końcu.
     - O czym ty mówisz? - oburzył się Jem. - Nie jesteś przeklęty, imbecylu. - Jace chyba nigdy nie spodziewał się, że usłyszy takie słowa z ust Cichego Brata, dlatego spojrzał na niego z wyraźnym nie dowierzeniem. - Zostałeś obdarzony darem niebios. Niestety żaden anioł tego nie przewidział... Jesteś bardziej z nieba niż z piekła, rozumiesz? Nie jesteś przeklęty, jesteś darem dla tego świata. Darem, który jako jedyny może powstrzymać Sebastiana. jesteś czym w rodzaju nagrody, nagrody od samego Razjela. Możesz nauczyć się kontrolować. Możesz zapłonąć, tym samym spalić lub ratować ten świat. Musimy cie nauczyć panować nad sobą. Cisi Bracia nalegali bym ci tego nie mówił, ale skoro jesteś dla nas jedyną nadzieją... Musisz o tym wiedzieć. Spadła na ciebie ogromna odpowiedzialność Jasie Herondale.

_________________________________________
A więc powróciłam po tak długim czasie, czyli trzech miesiącach <33 myślę, że za mną tęskniliście itd Nie będę się dużo rozpisywać... rozdział jak rozdział według mnie trochę przykrótki,ale myślę, że na razie was zadowoli ^^
Miłego czytania!
I czekam na komentarze!

7 komentarzy:

  1. Bardzo fajny rozdział.I ten Jem matko :o

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział ,fajnie ze wróciłaś do bloga. :) czekam na kolejne ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Boooooooski <3 ( jak zawsze )
    Czekam na kolejny :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział :) ja che już następny!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy następny:(

    OdpowiedzUsuń
  6. Super. Chce nastepny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  7. "(...)Mężczyźni wsiedli do swoich pojazdów i ruszyli w drogę. Paul, był z siebie dumny. Już tak niewiele dzieliło go od upragnionego zwycięstwa. Natomiast Mathias i Hugo, cieszyli się z nowego krwawego zlecenia.(...)"
    http://btrwerka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Yuki secretartwork